Wilk z Wall Street, Gra o Tron, Władcy Pierścieni, Pokłosie, Ida, American Pie, Django Unchained, Californication, James Bond
Ilustracja: canstockphoto

Strona główna / Całkowicie subiektywny przegląd filmów i seriali …

Całkowicie subiektywny przegląd filmów i seriali …

… których fenomenu nie potrafię zrozumieć.

Rafał Dawoski

O gustach się nie dyskutuje, a upodobania każdy ma swoje. Tyczy się to wszystkiego, a już na pewno takiej formy rozrywki jak filmy. Niemniej każdemu z nas zdarza się obejrzeć jakiś film czy serial, który jest zachwalany i polecany, a który nijak nie może trafić w nasz gust. Gdy głośno się z tym zdradzimy wobec fana danej produkcji, od razu narazimy się na niezrozumienie. A kiedy to się powtórzy, zaczynamy myśleć, że to może coś z nami jest nie tak. W końcu przestajemy o tym mówić, żeby nie tracić więcej znajomych.

Dla każdego lista taka wyglądałaby inaczej, a na mojej każdy znajdzie coś, z czym się zgodzi i coś co go oburzy. Jako fan „Gwiezdnych wojen” i wierny oglądacz „Skazanych na Shawshank” wiem, jak głęboko wkładam kij w mrowisko, ale czymże byłaby dyskusja bez choćby odrobiny rozbieżności poglądów?

Mój osobisty przegląd filmów i seriali, których fenomenu nie mogę zrozumieć wygląda następująco (kolejność czysto przypadkowa, może zawierać śladowe ilości spojlerów):

1) „Wilk z Wall Street” – wielkie rozczarowanie, bo film miał bardzo dobre recenzje. Tymczasem gdyby wyciąć z niego seks, przekleństwa i narkotyki, zostałby 10-minutowy filmik o tym, że fajnie być bogatym, a kiepsko być biednym. Ale żeby to wiedzieć, potrzebny jest nam aż film?

2) „Gra o tron” – spotkałem niewiele ludzi, którym ten serial się nie spodobał po obejrzeniu. Ja porzuciłem go po dwóch odcinkach. Co mi się w nim nie spodobało? Razi mnie pewna wulgarność tego serialu, dosadność, ostentacyjne epatowanie ludzką złą naturą. A poza tym wręcz kompulsywne prezentowanie seksu w najróżniejszych konfiguracjach. Nie jestem oczywiście jakiś przesadnie pruderyjny, ale dla mnie takie sceny powinny być powiązane z fabułą i stosownie dozowane, a nie robione z wielką przesadą pod gusta małoletnich widzów. Ponoć książka jest lepsza, może kiedyś to sprawdzę;

3) Saga „Władcy pierścieni” – generalnie lubię takie klimaty, a świat Wiedźmina stworzony przez Sapkowskiego znam niemal na wyrywki. Stąd też powinienem polubić świat Tolkiena, ale jakoś nie mogę przemóc się do tych dłużyzn i nadmiernie patetycznego klimatu. Może na starość będę miał więcej cierpliwości do filmów i książek z tej serii;

4) „Pokłosie” i „Ida” – oglądając oba z nich zastanawiałem się, jak bardzo niechętni Polsce muszą być ludzie, którzy te filmy uznają za arcydzieła. Nie, ja nie odbieram tych filmów jako zajadle antypolskich, jak to czynią niektórzy publicyści. Wolę mówić o nich jako o słabych, góra przeciętnych produkcjach. „Pokłosie” jest filmem pełnym absurdów i zwyczajnych błędów merytorycznych, o naiwnej fabule, z której na siłę robi się coś na kształt „rozliczenia narodu z przeszłością”. „Ida” z kolei jest nudnym, jednowymiarowym i w gruncie rzeczy przewidywalnym filmem. Dlaczego dostał Oscara, każdy z nas się domyśla, a pisać o tym nie wypada;

5) „American Pie” – zasadniczo jak chyba każdy lubię obejrzeć czasem coś lekkiego i niezobowiązującego w stylu „Kac Vegas”. Ale w przypadku „American Pie” nie mogę się przełamać, żarty są dla mnie za głupie i nie zmieniło się to od czasów liceum, kiedy po raz pierwszy ten film zobaczyłem;

6) „Django Unchained” – mimo że lubię prawie wszystkie filmy Quentina Tarantino, na tym akurat najbardziej wychwalanym się nieco zawiodłem. Może dlatego, że widziałem wiele zapożyczeń z poprzednich filmów tego reżysera (w tym z mało znanego „Jackie Brown”) i nie odkryłem żadnej świeżości? Nie jest tak, że film mi się nie podoba, ale oglądałem lepsze filmy tego reżysera;

7) „Californication” – kolejny serial, którego fenomenu nie mogę pojąć. Co może być nadzwyczajnego w serialu o facecie, który wyrywa kolejne panienki? Wiem, że niejeden zazdrości mu takiego życia, ale liczba fanów tego serialu niezmiennie mnie zdumiewa;

8) Seria filmów o Jamesie Bondzie – tutaj też nie mogę pojąć, skąd jest tylu fanów przygód tego agenta. Każdy bowiem z tych filmów wygląda tak samo: przystojny agent, piękna kobieta, którą ratuje i która z miejsca się w nim zakochuje, arcywróg, który chce zniszczyć świat, wszechobecny luksus na najwyższym poziomie, „My name is Bond, James Bond”, martini, garnitury, fajne auta, wybuchowa końcówka… Ogólnie przewidywalność do kwadratu. A jest przecież tyle ciekawszych filmów o agentach, choćby „Tożsamość Bourne’a”. Czemu James Bond jest fenomenem?

9) „To nie jest kraj dla starych ludzi” – chcąc kiedyś zapoznać się bliżej z twórczością braci Coen, postanowiłem obejrzeć ten film. I przeżyłem wielkie rozczarowanie, bo film jest totalnie nudny. Uciekający cwaniak, który ukradł pieniądze mafii, psychopata chodzący z wielką i nieporęczną maszyną do zabijania i policjant, który zamiast ścigać przestępcę wygłasza jakieś pseudofilozoficzne dyrdymały. Oglądałem do końca, licząc, że może coś się stanie nieprzewidywalnego, jakiś szokujący zwrot akcji, pojawi się jakiś szczegół, który totalnie wywróci całość fabuły… Nic takiego nie nastąpiło. A komentarze znawców mówią, że to arcydzieło. Mam się czuć laikiem i głupcem?

10) „Apocalypto” – arcydzieło Mela Gibsona, które mnie do siebie nie przekonało. Główny bohater przez większość filmu ucieka przez dżunglę przed oprawcami, którzy chcą go złożyć w ofierze. Obejrzyjcie to w Polsacie razem z reklamami i macie zmarnowany wieczór ganiania się Indian po lesie praktycznie bez dialogów.

To taka moja osobista dziesiątka. A Wy, jakie macie filmy i seriale, które Was rozczarowały, ale Wasi znajomi je kochają?

Rafał Dawoski
Technokrata, inwestor, biegacz. Człowiek o wielu zainteresowaniach, których wspólnym mianownikiem są życie publiczne i sprawy Polski. Wielbiciel słowa pisanego.