jaki jest cel jazdy samochodem w dzień z włączonymi światłami
Ilustracja: canstockphoto

Strona główna / Bezpieczeństwo ruchu drogowego czy zabezpieczenie wpływów do budżetu?

Bezpieczeństwo ruchu drogowego czy zabezpieczenie wpływów do budżetu?

Bezpieczeństwo obywateli to ponoć jeden z priorytetów w polityce wewnętrznej kraju. Co ciekawe – problem ten nie jest traktowany jednakowo w każdej dziedzinie. Obok obszarów ewidentnie zaniedbywanych można wskazać te, które cieszą się wzmożonym zainteresowaniem rządu. Przykładem dziedziny objętej szczególną troską jest bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

Wskaźnikiem absurdu w tej materii jest obowiązujący od 2007 roku nakaz włączania świateł drogowych niezależnie od warunków panujących na drodze. Argumentem za tym rozwiązaniem był niski odsetek wypadków w Skandynawii, gdzie kierowcy włączają światła przez cały rok. Zdziwiłbym się, gdyby ktoś tak nie czynił w miejscu, w którym przez pół roku jest ciemno, a przez resztę czasu dominuje szarówka. Natomiast niezrozumiały jest dla mnie wybór akurat tego faktu na poparcie idei. Przypuszczam, że niebagatelny wpływ na liczbę wypadków drogowych w tej mroźnej części świata ma także niska gęstość zaludnienia. Nie bez znaczenia jest też wysoka jakość dróg, a malkontenci mogą podkreślić wyraźnie lepszy stan techniczny tamtejszych aut. Z jakiegoś sobie tylko znanego powodu „wybrańcy narodu” uznali, że na powierzchni asfaltu jest bezpieczniej, gdy kierowcy dogrzewają ją światłami mijania w upalny dzień. Skuteczność tego rozwiązania jest dyskusyjna, zaś bezdyskusyjne są tylko koszty.

O wspomnianych kosztach wiedzą doskonale kierowcy. Ich miarą są przepalone żarówki, szybsze zużycie akumulatorów i wzrost spalania. Tak, tak – żarówki nie rozgrzewają się samoistnie, lecz czerpią energię z alternatora. Ten otrzymuje ją z silnika, silnik zaś z paliwa w zbiorniku, a stąd droga prowadzi poprzez wlew i dystrybutor wprost do portfela posiadacza pojazdu. Kierowcy są spostrzegawczy i oprócz tego zauważyli też istnienie innych sposobów poprawiania bezpieczeństwa na drogach. Świetnym przykładem są liczniki czasu sygnalizacji świetlnej, z którymi zetknąłem się we Wrocławiu. Osobiście oceniam je pozytywnie i nie jestem w tej opinii odosobniony. Świadczą o tym propozycje montażu tych względnie prostych urządzeń, jakie wysuwają mieszkańcy innych miast. I tutaj kierowców spotyka rozczarowanie, bo samorządy w znakomitej większości nie są zainteresowane licznikami. Ignorowanie głosu mieszkańców nie wystawia dobrej wizytówki lokalnym włodarzom, lecz nie to jest najważniejsze. Dalece istotniejszy jest motyw.  Jak wytłumaczyć brak troski o bezpieczeństwo? Chyba jedynie tak, że są ważniejsze inwestycje. Ściślej: władze znają lepsze sposoby na zmniejszenie liczby wypadków. A wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego.

Nie mam wątpliwości, że na zwycięzcę castingu do roli tego „lepszego” już dawno temu wybrano fotoradar. Zanim straż miejska utraciła uprawnienia do obsługi tych urządzeń panowała tu niemalże wolna amerykanka. Choć bardziej adekwatnym określeniem jest słowo „cyrk”. Radary wyrastały wszędzie jak grzyby po deszczu, często z pogwałceniem przepisów prawa i norm technicznych. Ten swoisty program „fotoradar w każdej gminie” przyćmił rozmachem nawet słynne „Orliki”. Obserwując ten trend zastanawiałem się wielokrotnie nad kosztami utrzymania tych urządzeń w sprawności. W przeciwieństwie do wspomnianych liczników fotoradar to bardzo skomplikowane urządzenie, zawierające tor nadawczy i odbiorczy dla fal z zakresu GHz. W środku znajdziemy też szybką kamerę z oświetlaczem do rejestracji przy pogorszonej widoczności. Całością steruje komputer, który archiwizuje zdjęcia, odpowiada za diagnostykę układów i zapewnia łączność, gdy jest ona wymagana. Ta skomplikowana i kosztowna aparatura pracuje 24 godziny na dobę w zmiennych warunkach atmosferycznych. Ja szacuję czas bezawaryjnej pracy tego urządzenia na max 4 lata. Tyle skłonny jestem zalicytować. Czy ktoś da więcej?

Pytanie o koszty utrzymania fotoradarów jest szalenie aktualne, gdyż z początkiem bieżącego roku wiele z nich owinięto czarną folią. Oficjalnie powodem jest wprowadzone w tym roku nowe prawo dot. uprawnień straży gminnych. Osobiście podejrzewam, że ten radarowy biznes najzwyczajniej zbankrutował, bo pieniędzy z mandatów nie wystarczyło na utrzymanie w sprawności całego systemu. Oczywiście nikt nie lubi przyznawać się do porażki. Zmiana ustawy może być w takiej sytuacji prawdziwym darem niebios, bo pozwala wycofać się z nierentownego biznesu i jednocześnie zachować twarz.

A co w takim razie z bezpieczeństwem? Zgodnie z serwowaną nam od lat propagandą władze powinny stawać na rzęsach i ciąć wszystkie inne wydatki, byle tylko utrzymać fotoradary w sprawności. Przecież zdrowie i życie obywateli to dobra najważniejsze. A zatem są one warte każdej złotówki, jaką uda się wyszarpnąć z samorządowej kasy – czyż nie?

Maciej Wocial
Eurosceptyk, miłośnik historii i dawnej broni palnej. Uważa, że zdrowe ryby płyną pod prąd.