Egipt, dedektyw Rutkowski, Magdalena Żuk, zabójstwo
Ilustracja: canstockphoto

Strona główna / Herbert G. Welles kontra detektyw Rutkowski

Herbert G. Welles kontra detektyw Rutkowski

Gabriel Maciejewski | Coryllus

Młodzież może tego nie pamięta, bo w zasadzie nie czyta już książek, ale starsi dobrze pamiętają fabułę powieści Wellesa „Wehikuł czasu”. Powieść ta doczekała się kilku ekranizacji oraz była przerobiona na komiks, także w Polsce. Opowiada o losach genialnego wynalazcy, który skonstruował maszynę do przenoszenia się w przeszłość i przyszłość. Dzięki niej może oglądać z różnych perspektyw dzieje Ziemi i w końcu, zaspokajając niezdrową ciekawość, zobaczyć śmierć naszej planety. Powieść ta cieszyła się szaloną popularnością przez ponad pół wieku, zanim nie zdegradowały jej produkcje filmowe, gdzie efekty specjalne przewyższały wszystko co wymyślić mógł Welles.

Fragmenty prozy Wellesa przypominają mi się kiedy czytam doniesienia dotyczące śmierci Magdy Żuk w Egipcie i kiedy oglądam nagrania z kamer szpitalnych, a także słucham jej chłopaka Marcusa, który przemawia do niej jak do jakiegoś zwierzęcia, które wyrwało się z klatki i nie chce wrócić. Zapytacie, o które fragmenty chodzi. Już tłumaczę. O te najciekawsze, kiedy to George, główny bohater, genialny wynalazca trafił do świata zamieszkanego przez dwie rasy – Morloków i Eloi. Ci ostatni żyli na powierzchni ziemi, ciesząc się słońcem i dostatkiem, choć wcale nie pracowali. Klimat planety był tak przyjazny, że wszystkie życiowe potrzeby były zaspokajane niejako same z siebie. Eloi mieli co jeść, mieli gdzie mieszkać i nie troszczyli się o opał. Byli łagodni i przyjaźni, ale wyraźnie upośledzeni intelektualnie, nie rozumieli niczego z otaczającego ich świata. Żyli z dnia na dzień, nie troszcząc się o przyszłość. Aha, wszyscy byli piękni i przywiązani do swojego wyglądu. George poznał wśród nich dziewczynę imieniem Weena, ona także była piękna i głupia jak but. Niczego nie rozumiała. W tym prawie idealnym świecie było jednak coś niezrozumiałego i niepokojącego. Co jakiś czas z dziwnej budowli wzniesionej przez nie wiadomo kogo, nie wiadomo kiedy, odzywał się jeszcze dziwniejszy, hipnotyzujący głos. Na dźwięk tej syreny Eloi dostawali stuporu, stawali jak zahipnotyzowani i szli w kierunku bramy prowadzącej do podziemi, do świata Morloków. Oni nie byli piękni, ale nie byli głupi. Żyli pod ziemią i prowadzili tam produkcję różnych potrzebnych istotom dwunożnym rzeczy. Nie znosili światła i uciekali przed nim. Ich najważniejszą troską było zapewnienie sobie pożywienia. Tak, tak, dobrze kombinujecie, to Eloi byli ich pożywieniem. Morlokowie co jakiś czas wabili ich syreną paraliżującą zmysły, a potem, pod ziemią zarzynali jak prosiaki i jedli na surowo.

Kiedy patrzę na wywiady jakich detektyw Rutkowski oraz jego dziewczyna Kamila udzielają mediom, kiedy patrzę na ludzi, którzy próbowali rzekomo ratować Magdę Żuk, mam poczucie, że zanurzam się w prozie Wellsa. Oto kompletnie zdezorientowani Eloi, którzy ćwiczą swoje ciała w tańcu na rurze, uprawiają różne kulty afirmujące ich własną fizyczność, próbują jakoś zracjonalizować sobie działania Morloków. Tym właśnie zajmuje się dziś Rutkowski, bo chyba nikt nie wierzy, że facet wysyłający blondynę w ciemnych okularach do egipskiego kurortu, jest w stanie dowiedzieć się prawdy o śmierci biednej Magdaleny Żuk.

Racjonalizowaniem postępków Morloków oraz próbami zrozumienia motywów ich działań zajmują się także media w Polsce. Nikogo już nie obchodzi to co się wydarzyło. Nikt nie próbuje wyjaśnić i zracjonalizować tych ohydnych i dziwnych wypadków, każdy zajmuje się tłumaczeniem Morloków. Oni nie są tacy źli – mówią turyści ze Śląska, którzy często jeżdżą do krainy Morloków. Co prawda czasem kogoś zjedzą, ale zwykle ktoś taki sam jest sobie winien. Po co się afiszował ze swoimi bicepsami, pośladkami czy jakimiś innymi częściami masy mięśniowej nadającej się do przerobu na rąbankę? Mógł grzecznie siedzieć w hotelu i kąpać się w morzu. – Wszyscy chcą pomóc, tylko internauci przeszkadzają – wołają inni. Trzeba dać spokój spekulacjom i pozwolić działać profesjonalistom. No to profesjonaliści działają. Detektyw Rutkowski wystrojony w watę cukrową przyczepioną do czubka głowy, którą pracowicie oprószał sadzą zeskrobaną z kominka przez cały ranek, organizuje konferencję prasową. Na tej konferencji pokazuje się w towarzystwie pani Kamili Plich, swojej partnerki, która także jest detektywem. Odziany jest nasz detektyw młodzieżowo i modnie, spod płaszczyka widać na szyi jakieś dziwne koraliki, jakby amulety indiańskie albo coś podobnego. Jednym słowem charme i szyk w najlepszym wydaniu. O czym opowiada pan Rutkowski nikt do końca nie wie, bo to co mówi stoi w drastycznej sprzeczności z tym co podli i nieliczący się z niczyimi uczuciami internauci widzą na ekranach swoich komputerów. Nikt nie wyjaśnia dlaczego w szpitalu zamiast podać Magdalenie Żuk środki uspokajające przywiązano ją uspokajająco do łóżka. Nikt nie tłumaczy kim są biegający po szpitalnych korytarzach Morlokowie udający lekarzy, którzy usiłują obezwładnić walczącą z nimi Polkę. Nikt nie próbuje wyjaśnić dlaczego zakochany po uszy w Magdzie Marcus, na koniec nagrania, które obiegło sieć w pierwszych dniach tej afery, mówi na koniec sam do siebie (bo przecież nie do siedzącego obok kolegi) – coś się wyjebało. Co takiego, że spytam niewinnie, raczyło się wyj…ać, że pan Marcus usiłował wyciągnąć ze swojej dziewczyny zeznania dotyczące drastycznego obchodzenia się z nią egipskich Morloków. O to chyba chodziło prawda? Żeby ona wyraźnie, w przytomności wszystkich powiedziała, że ją tam zgwałcili w sześciu, przywiązawszy uprzednio do łóżka, a następnie pobili, podając w trakcie bicia narkotyk, żeby siedziała cicho i nikomu nie zdradziła, co ją spotkało. Tak to tłumaczą sobie internauci, ale przywódcy naszego odłamu Eloi usiłują uspokoić ich histerię. Mówią – nie szalejcie, to nieprawda, że Morlokowie nas zjadają, oni tylko czasem dostają szału, ale naprawdę są niegroźni. Chcą tylko, żebyśmy korzystali z ich wynalazków, ze skuterów wodnych, z żółwi pływających w morzu i z rafy koralowej, którą dla nas zbudowali. Tylko o to chodzi i o nic więcej.

W końcu ktoś przytomny może jednak zapytać – szefie, ale dlaczego nasze dziewczyny tak uporczywie ćwiczą taniec na rurze? Nikomu to nie jest potrzebne, oceniane jest źle i w zasadzie nie ma żadnej potrzeby by one się tym zajmowały? Szef uśmiecha się szeroko i odpowiada ciepłym głosem – nic nie rozumiesz synu. Taniec na rurze to taki sport. One po prostu uprawiają sport.

– A nie robią tego czasem bo Morlokowie są zainteresowani ich zjadaniem i chcą mieć najlepsze jedzenie? – nie ustępuje dociekliwy Eloi. Ludzie z otoczenia szefa patrzą po sobie nerwowo, ale on sam nie traci zimnej krwi. – Mylisz się synu – mówi. Potem zbliża twarz do jego twarzy i bardzo cicho, dobitnym głosem szepcze – jak będziesz zadawał głupie pytania sam pójdziesz na kurs tańca na rurze, a wcześniej oskarżymy cię o oszczerstwa rzucane na naszych przyjaciół Morloków. Młodzieniec speszony odchodzi. Kończy się konferencja prasowa. Wszyscy są zadowoleni i nikt już nie pyta – jak to jest możliwe, że ona umarła od tych krwiaków, od żeber wbitych w płuca i innych jeszcze obrażeń wewnętrznych. – Może za mało ćwiczyła na tej rurze – myślą sobie w duchu, wracając do domów.

Gabriel Maciejewski | Coryllus
Autor serii książek popularyzujących historię ukazujących się pod zbiorczym tytułem Baśń jak niedźwiedź. Wydawca i autor popularnego, politycznego bloga www.coryllus.pl