Związki partnerskie, legalizacja, PiS.
0 Liked
Ilustracja: canstockphoto

Strona główna / Komu są potrzebne związki partnerskie?

Komu są potrzebne związki partnerskie?

Rafał Dawoski

Temat wprowadzenia w Polsce tzw. związków partnerskich zszedł ostatnio na dalszy plan, bo większość środowisk za nimi lobbujących skupiła się na obronie demokracji i narzekaniu, jak w tej pisowskiej Polsce im się źle żyje. Zresztą, i tak nie udałoby się przepchnąć takiej ustawy w obecnym parlamencie. Z kolei obecna władza nie jest w ogóle zainteresowana tą kwestią. Niemniej nie mam wątpliwości, że temat ten powróci, bo nawet skręcające coraz bardziej w prawo społeczeństwa krajów europejskich zasadniczo nie kwestionują funkcjonowania takich związków. Dobrze byłoby więc wprowadzić w Polsce zawczasu odpowiednie regulacje w tej sprawie, które byłyby dla nas takim mądrym i stabilnym rozwiązaniem jak tzw. kompromis aborcyjny.

Temat związków partnerskich jest w Polsce zupełnie niepotrzebnie do bólu zideologizowany. Nie wiedzieć czemu, obie strony sporu łączą tę kwestię niemal nierozłącznie z religią katolicką, co powoduje, że każda dyskusja na ten temat kończy się oskarżeniem o bycie katolickim ciemnogrodem albo lewakiem. Jeśli więc, drogi czytelniku, jesteś pod dużym wpływem Gazety Wyborczej lub Radia Maryja, proszę zakończ czytanie tego felietonu na tym akapicie, bo dalsza część spowoduje u Ciebie nadmierne oburzenie.

Przede wszystkim zdefiniujmy, z czym mamy do czynienia. Chodzi o związek dwojga dorosłych ludzi, którzy z jakiegoś powodu nie chcą lub nie mogą go formalizować jako małżeństwo. Chcą zatem, żeby sformalizować ten związek jako właśnie związek partnerski. Zwracam uwagę – „sformalizować”, a nie „zalegalizować”. Nieprawdą jest bowiem, że dziś związki pozamałżeńskie są w jakikolwiek sposób nielegalne. Gdyby tak było, trzeba pewnie byłoby powołać specjalną policję obyczajową, która chodziłaby po domach i sprawdzała kto z kim mieszka. A nic takiego nie ma miejsca, nikt w Polsce nie zabrania nikomu być z kimkolwiek w związku. Jeśli zatem ktoś domaga się „legalizacji związków partnerskich” w Polsce, dopuszcza się manipulacji i prawdopodobnie zamiast dążenia do załatwienia sprawy, chce po prostu wywołać spór.

Pierwsze dwa zdania poprzedniego akapitu odpowiadają nam na pytanie, komu takie związki mógłby być potrzebne – tym, którzy nie mogą lub nie chcą zawrzeć związku małżeńskiego zgodnie z obowiązującym w Polsce Kodeksem rodzinnym i opiekuńczym. Podział z grubsza pokrywa się ze związkami homoseksualnymi (nie mogą) i heteroseksualnymi (nie chcą).

Przyjrzyjmy się zatem tym pierwszym.

Małżeństwa homoseksualne nie są w Polsce zgodne z konstytucją. Niemniej ludzie tacy w Polsce mieszkają i niektórzy z nich są w stałych związkach ze swoimi partnerami. Nie wnikam tutaj w ocenę ich orientacji, gdyż jest to ich prywatna sprawa, a mnie nic do tego, jeśli nikomu nie szkodzą. Gdy żyją ze sobą dłużej (może nawet do śmierci), chcieliby w jakiś sposób uregulować swój status, aby w świetle prawa nie być dwojgiem obcych sobie ludzi. I tu pojawia się problem, gdyż nie mogą w Polsce tego zrobić tak prosto, jak osoby żyjące z związkach heteroseksualnych – nie mogą zawrzeć formalnego związku w świetle prawa cywilnego. W pewnym stopniu jest to dla nich krzywdzące, choć nieprawdą jest, że obecnie w żaden sposób nie można uregulować takiej sytuacji. Do informacji o swoim stanie zdrowia można upoważnić dowolną osobę, podobnie jak do odbioru korespondencji. Dziedziczenie można uregulować za pomocą testamentu, choć wiąże się to z wyższymi podatkami płaconymi przez spadkobiercę. Jednakże żeby ludziom w takich związkach łatwiej było żyć, można byłoby pomyśleć o jakiejś możliwości sformalizowania homoseksualnych związków partnerskich. Oczywiście bez możliwości adopcji dzieci oraz bez wspólnego opodatkowania. To drugie z powodu możliwości nadużyć – niejeden cwany biznesmen mógłby wpaść na pomysł zawarcia związku partnerskiego z menelem spod budki z piwem, żeby zapłacić niższy podatek. Zresztą wspólne opodatkowanie małżonków też jest tematem dyskusyjnym.

Zupełnie inną kwestią są związki dwojga osób heteroseksualnych. Tu wyraźnie mamy możliwość uregulowania prawnego takiego związku na gruncie Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Każdy bowiem, kto chce sformalizować swój związek heteroseksualny, może zawrzeć małżeństwo cywilne (poza szczególnymi przeszkodami typu małoletniość, ubezwłasnowolnienie czy pokrewieństwo). Dlaczego część nie chce? To oczywiście ich sprawa, dlaczego chcą żyć w konkubinacie, czyli związku nieformalnym. Ale część chce formalizacji, jednakże nie jako małżeństwo, ale jako… związek partnerski. Dlaczego? No właśnie, trudno jest im to uzasadnić bez antyreligijnego zadęcia. Generalnie pojawiają się cztery argumenty: 1) Bo się trudno rozwieść; 2) Bo ślub nie sprzyja uczuciom; 3) Bo małżeństwo to katolicki ciemnogród; 4) Bo małżeństwo jest niemodne. Pierwszy argument jest nieprawdziwy – jeśli na rozwód zgadzają się obie strony, to bardzo prosta procedura. Zresztą trudno zawierać poważny związek, zakładając od razu kłótnię i rozwód. Warto tu zaznaczyć, że Kodeks reguluje prawa i obowiązki małżonków, natomiast w przypadku związków partnerskich wszystko skoncentrowane jest na prawach, nie mówi się w ogóle o obowiązkach. Drugi argument jest niedorzeczny – czemu niby podpisanie papierka z napisem „związek partnerski” miałoby być czymś bardziej magicznie spajającym dwoje ludzi niż podpisanie papierka z napisem „małżeństwo”? Trzeci argument jest również niedorzeczny – co niby ma wspólnego małżeństwo cywilne z wiarą katolicką? W Polsce można zawrzeć tylko ślub cywilny albo tylko ślub kościelny, albo jeden i drugi jednocześnie. Nikt nikogo nie zmusza do zakładania białej sukni i biegnięcia pod ołtarz. Czwarty argument jest chyba sednem sprawy – lewicowe media wmówiły ludziom, że coś modne, a coś nie jest i pod tym kątem domaga się dostosowania prawa. Ale czy prawo powinno regulować, co jest modne w danym sezonie?

W istocie osoby domagające się formalizacji związków partnerskich zamiast małżeństw, mają na celu tylko i wyłącznie uderzenie w tę instytucję jako niemodną i związaną z pewną tradycją. O dziwo, to myślenie zgodne z leninowskim – w pierwszym etapie budowania komunizmu odrzucano całkowicie związki małżeńskie. Dopiero później stwierdzono, że rodzina jest dobrą strukturą do organizowania społeczeństwa. Zatem tzw. związki partnerskie to jeden z elementów budowania „nowego wspaniałego świata” lewicy, który zakłada walkę z tradycją. Plan jest świetny – wciągnięto do niego homoseksualistów, dla których związek partnerski ułatwiłby codzienne funkcjonowanie oraz lemingów, którzy chętnie zawrą związki partnerskie, bo to przecież prawa jak w małżeństwie, a obowiązków małżeńskich żadnych (a kto by tak nie chciał?). Dodatkowo trzeba było tylko wmówić ludziom, że w ten sposób walczy się z Kościołem i ciemnogrodem, zaszczepić ideę mediom i gotowe!

Komu więc naprawdę potrzebne są związki partnerskie? Wyłącznie osobom homoseksualnym i tutaj należy zastanowić się nad jakimiś regulacjami, które nie naruszając konstytucji, umożliwiałby ludziom wspólne życie ze sobą. I należy to zrobić, zanim do parlamentu wejdzie lewica i wprowadzi swoje kontrkulturowe wymysły.

Rafał Dawoski
Technokrata, inwestor, biegacz. Człowiek o wielu zainteresowaniach, których wspólnym mianownikiem są życie publiczne i sprawy Polski. Wielbiciel słowa pisanego.