teorie zamachu w Smoleńsku - Smoleńsk a PiS
0 Liked
Illustracja: canstockphoto

Strona główna / Niewolnicy zamachu smoleńskiego

Niewolnicy zamachu smoleńskiego

Józef Amiens

Gdy ponad siedem lat temu wciąż trwał szok po katastrofie smoleńskiej, nawet przez myśl mi nie przeszło, że ten temat kiedyś tak się strywializuje. Pamiętam, jak przez krótką chwilę w kwietniu 2010 r. wszyscy politycy byli zjednoczeni do tego stopnia, że padł nawet pomysł, aby wspólnie zbierać podpisy pod kandydaturami w przyspieszonych wyborach prezydenckich. Cztery miesiące później po żałobie i zjednoczeniu nie było już śladu, a katastrofa stała się jednym z wielu frontów politycznej wojny.

Katastrofa smoleńska ma wszelkie wyznaczniki potrzebne do budowy teorii spiskowych i bohaterskiego mitu: patriotyczny prezydent, który ma wielu przeciwników w kraju i który stara się o kolejną kadencję, leci samolotem na terytorium odwiecznego wroga, żeby uczcić swoich rodaków przez tego wroga zamordowanych. Ginie wraz ze swoimi ludźmi oraz ze wszystkim możliwymi świadkami tej katastrofy. Naprawdę, byłoby dziwne, gdyby nikt nie wymyślił żadnej spiskowej teorii na ten temat, skoro są ludzie, którzy wierzą w to, że Elvis Presley żyje, a szczepionki powodują autyzm. Jednak, o ile takie teorie zawsze były, są i będą, to problem pojawia się, gdy na trwałe wpisują się one w życie publiczne i są całkiem poważnie rozważane.

Skąd niby wiem, że to nie był zamach? Cóż, pełnej pewności oczywiście mieć nie mogę, ale na razie po prostu nic na taki zamach nie wskazuje. Wszystko wygląda tak, jakby pod wpływem wspomnianych wyżej szczególnych okoliczności wizyty w Rosji, ktoś uznał, że to nie mógł być taki przeciętny aż do bólu wypadek komunikacyjny, wymyślił teorię zamachu i desperacko szuka na nią dowodów. Hipotezy, które są stawiane, wzajemnie się ze sobą wykluczają. Bomba na pokładzie (helowa czy termobaryczna?), zestrzelenie, sztuczna mgła, celowe złe pokierowanie przez kontrolerów, celowe uszkodzenie urządzeń pokładowych, celowe nieprawidłowości przy organizowaniu wizyty… Ciągle temat jest drążony w różnych kierunkach, a nuż się coś znajdzie. I się znajduje – wychodzą na jaw różne zaniedbania i nieprzestrzeganie procedur, jak w każdej tego typu katastrofie (to normalne, że wielu procedur się nie przestrzega i nikt o tym nie powie głośno, dopóki nie wydarzy tragedia). Nic jednak, co wskazywałoby na zamach.

10 kwietnia 2010 r. samolot leciał we mgle, delegacja była spóźniona, więc lądowanie na lotnisku zapasowym opóźniłoby ją jeszcze bardziej. Wieża kontroli lotów nie potrafiła jednoznacznie pokierować samolotem (raczej z niekompetencji, a nie złośliwości – w końcu obsłudze nie mogło zależeć na rozbiciu się samolotu, bo zawsze przecież mógł on… rozbić się na samej wieży). Wiele razy się udało wylądować w beznadziejnych warunkach, więc spróbowano jeszcze raz. Tym razem nie udało się, doszło do tragedii. Do głównej przyczyny katastrofy, jaką była błędna decyzja o lądowaniu przy zerowej widoczności, doszło dużo mniejszych lub większych zaniedbań po stronie polskiej i rosyjskiej.

W tym miejscu należałoby się zastanowić, w jakim celu taki zamach mógłby zostać zorganizowany. Lech Kaczyński został przez katastrofę smoleńską zmitologizowany, ale mało kto pamięta, jakim był słabym prezydentem. Dziś nawet Anty-PiS traktuje go ciepło w przeciwieństwie do obecnego prezydenta. Tymczasem obaj byli w równym stopniu niesamodzielni politycznie, co akurat wynika z pozycji ustrojowej stanowiska prezydenta w Polsce. W odróżnieniu jednak od Lecha Kaczyńskiego, Andrzej Duda ma łatwość publicznych wypowiedzi, dobry kontakt z ludźmi, nie jest wiecznie obrażonym na cały świat bufonem, zna języki obce, jest obyty w świecie i potrafi się dobrze zaprezentować. Czyli ma wszystko, co powinien mieć prezydent. Ceniłem Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości, ale nie ma co ukrywać, że prezydentura go zdecydowanie przerosła. Pokazywały to też wówczas sondaże. Jaki był zatem sens zabijania prezydenta, który i tak za kilka miesięcy przegrałby wybory? Nie lepiej wesprzeć jego przeciwników i poczekać na zmianę na urzędzie, niż zabijać go w spektakularnej katastrofie? Zamach smoleński byłby wręcz przeciwskuteczny, co pokazuje, jak dobry wynik otrzymał w wyborach prezydenckich w 2010 r. Jarosław Kaczyński, któremu głosów przysporzyła fala współczucia. No chyba że o to chodziło zamachowcom, żeby Jarosław został prezydentem, ale raczej w tym kierunku nie zmierzają teorie spiskowe.

Zresztą każdy, kto wie, jak działają służby specjalne, zgodzi się z tym, że znalazłyby się dużo mniej podejrzane sposoby na zabicie kogoś niż spektakularna katastrofa lotnicza, w której ginie prawie 100 osób z państwowej elity i o której usłyszał cały świat.

Dla Prawa i Sprawiedliwości katastrofa smoleńska okazała się traumą i zafiksowała go na punkcie obsesyjnego poszukiwania dowodu, że śmierć większości jego elity jest czymś więcej niż tylko bezsensownym wypadkiem komunikacyjnym. Na ile jednak jest to rzeczywista wydłużona żałoba, a na ile cyniczna gra i wykorzystywanie katastrofy do celów politycznych, nie umiem na to odpowiedzieć.

Platforma Obywatelska zaś przez żałobę smoleńską przeszła szybko: Był szok, był płacz, była zaduma, były pogrzeby i tyle. Żyje się dalej i o sprawie trzeba zapomnieć, bo przecież są ważniejsze sprawy, europejskie stanowiska i orliki. A Smoleńsk? To dobre dla moherów i Macierewicza. I dobrze, że PiS się tym zajmuje, bo dzięki temu jest niewybieralny. Niech się bawią sprawą jak najdłużej. Tak z grubsza wyglądało podejście PO do katastrofy smoleńskiej – zakończyć szybko sprawę i mieć święty spokój. Ziemia oczywiście była przekopana, raport był przyjęty, ciała były dobrze zidentyfikowane i pochowane… czego chcieć więcej? Coś nie tak wychodzi? Okazuje się, że był bałagan z pochówkami, a wizyta była źle zorganizowana? Ojej, czy to takie ważne? Zresztą widać, kto wygaduje te farmazony – jacyś obciachowi obrońcy krzyża (dziś okazuje się, że prawdopodobnie była w tym całym zamieszaniu z krzyżem jakaś inspiracja Platformy), nie to co my – młodzi, piękni Europejczycy z ciepłą wodą w kranie na zielonej wyspie!

I tak jedna strona chce bez końca wyjaśniać, a druga chce jak najszybciej sprawę zakończyć i żyć dalej. Co by było gdyby to delegacja ludzi Platformy 7 kwietnia 2010 r. rozbiła się w Smoleńsku? Czy wszystko wyglądałoby odwrotnie? Myślę, że to bardzo ciekawy scenariusz na historię alternatywną.

Tymczasem stało się, jak się stało. PiS doszedł w końcu do władzy i zaczął katastrofę wyjaśniać. I w tym tkwi cała smoleńska pułapka, bo tego wyjaśniania praktycznie nie da się zakończyć. Powiedzieć, że nie było żadnego zamachu? To oznaczałoby, że się myliliśmy. Powiedzieć, że był zamach? I co dalej? Wypowiemy wojnę Rosji? Znajdziemy winnych i ich rozstrzelamy? W proteście popełnimy zbiorowe samobójstwo? Dlatego właśnie katastrofa smoleńska będzie wyjaśniana bez końca – kogoś tam się przesłucha, komuś się postawi zarzuty, jakiś nowy ekspert wymyśli nową teorię, pokłócimy się z samorządowcami o nowy pomnik i tak dalej, byle tematu nie skończyć nigdy. Rosja zaś wraku nie odda, bo skoro jest możliwość zagrania Polsce na nosie, to dlaczego z niej nie skorzystać?

PiS stał się więc niewolnikiem teorii o zamachu, której, co należy podkreślić, nie podziela cała prawica, ani chyba nawet jej większość. Kategorycznie teorię zamachu odrzuca choćby prof. Bogusław Wolniewicz czy Janusz Korwin-Mikke. Od teorii Macierewicza odcina się „Nasz Dziennik”. Na dobrą sprawę tą ideą owładnięci bez reszty są jedynie Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, „Gazeta Polska” czy Stowarzyszenie Solidarni 2010. Reszta prawicy, a nawet samego PiSu w różnym stopniu dystansuje się od zamachu lub po prostu przezornie milczy na ten temat.

Tak czy inaczej katastrofa smoleńska stała się niestety narzędziem w walce politycznej i obawiam się, że tak już zostanie. Wykreowany został mit smoleński, który jest szkodliwy dla spójności Polski, dla budowania jej wielkości i dumy. Przecież nawet gdyby kiedyś okazało się, że Lech Kaczyński zginął w zamachu, to nic by nie zmieniło w bezsensowności celebrowania klęski narodowej. Stany Zjednoczone w zamachach straciły aż 4 prezydentów, a jednak nie budują na tych tragediach żadnych mitów. Smoleńsk –miasto, które bywało świadkiem potęgi polskiego oręża na Wschodzie, dziś budzi skojarzenia wyłącznie z klęską, słabością i niekończącą się żałobą narodową. Za dużo takich zdarzeń było już w historii naszego Narodu, żeby móc sobie pozwolić na ten szkodliwy mit.

Józef Amiens
Zawodowo kontroler projektów unijnych i ekspert oceniający wnioski. Naukowo wieloletni doktorant nauk ekonomicznych. Z zamiłowania historyk i obserwator życia publicznego.
  • Janusz Różycki

    Była taka bajka – czarodziejski flet ,gra Pan jak wirtuoz. Tylko dlaczego ma Pan mnie za szczura?

    • Pogromca plagiatorów

      Czarodziejski flet to najwybitniejsze dziełko farmazońskie tego wiedeńskiego pajaca. Genialnego, ale pajaca.

      • Janusz Różycki

        Mozart był niewątpliwie genialnym kompozytorem. Mi chodziło o bajkę braci Grimm opartej nas fleciście z Hameln.