Gabriel Coryllus Maciejewski o rozwiązywaniu zagadek historycznych
Ilustracja: canstockphoto

Strona główna / O rozwiązywaniu zagadek historycznych : część 1 na 2

O rozwiązywaniu zagadek historycznych : część 1 na 2

Gabriel Maciejewski | Coryllus

Cały, wielki obszar rynku wydawniczego opiera się na pewnym prostym schemacie fabularnym. Oto inteligentny, czasem przystojny bohater, staje wobec niezwykłych wyzwań i musi rozwikłać zagadkę z przeszłości, z którą nikt poza nim nie może sobie poradzić. Schemat ten eksploatowany jest stanowczo ponad miarę i jedno jest pewne – korzystając z niego czytelnik nigdy samodzielnie nie rozwiąże żadnej historycznej zagadki. Nawet najprostszej, fabuła bowiem, nawet bardzo zawikłana i uwodzicielska nie ma nic wspólnego z realiami z jakimi mierzą się historycy, archiwiści i archeologowie. Fabuła służy tylko temu, by rozbudzić emocje i dać ludziom kochającym przygody jakąś ich namiastkę. Nie znam nikogo, wliczając w to siebie, kto nie przeszedłby w życiu przez tę szczególną fascynację, która pozwala zarabiać miliony wielkim domom wydawniczym.

Wśród wielu czytelników delektujących się takimi historiami z czasem narasta zniechęcenie, bo autorzy ogrywają zwykle te same schematy i eksploatują te same wątki. Wśród nich sprawy związane z Ewangelią i tajemnicami życia Jezusa wybijają się na plan pierwszy. Dalej nieco plasują się mit arturiański i templariusze. Jeszcze dalej mamy historie średniowiecznych herezji. I tak to się mniej więcej plecie. Zależność pomiędzy wysokością nakładu, a prostotą historii jest wyraźna i mocno przygnębiająca. Im prostsza opowieść i im bardziej uniwersalny temat tym więcej egzemplarzy liczy edycja. Czasami pojawiają się jakieś lokalne elementy, wokół których można zgromadzić czytelników mówiących jakimś niezbyt rozprzestrzenionym i mało popularnym językiem. Na przykład polskim. U nas wśród sensacji historycznych na pierwszy plan wysuwają się oklepane już do niemożliwości tajemnice Dolnego Śląska, w Czechach zaś królują alchemicy Doby Rudolfińskiej.

Czy to znaczy, że nie ma już autorów i tematów, które nie zaciekawiłby wybrednego czytelnika? Czy to znaczy, że cały ten olbrzymi obszar rynku książki skazany jest na zawsze na powtarzanie tych samych lekko zmodyfikowanych gawęd, a to z tego powodu, że dział promocji nie pozwoli, by cokolwiek się zmieniło z obawy o spadek wyników sprzedaży? Chyba nie. Możemy zresztą zaryzykować i sami sprawdzić. Zacznijmy inaczej niż to czynią wielkie koncerny. Nie od tajemniczych szkatułek, nie od dziwnie pachnących listów, nie od starych strychów, piwnic czy kufrów. Zacznijmy od książek, które można kupić na allegro za dwa złote. Jest ich mnóstwo, podobnie jak pisarzy, świętujących kiedyś swoją wielkość, a dziś całkiem zapomnianych. Oto Leo Perutz, rodem z Pragi, kolega Franza Kafki. Związał swoje życie z Wiedniem, był matematykiem, okultystą, dziwakiem, no i żydem rzecz jasna. Napisał kilkanaście niezbyt grubych, porządnie zawikłanych, wyraźnie wrogich Kościołowi książek. Terenem jego eksploatacji twórczej było pogranicze polsko-czeskie, same Czechy oraz Niemcy i Italia. Leo uniknął śmierci w komorze gazowej, bo w porę wyjechał do Argentyny. Tam trochę biedował, ale w końcu odkrył go Borges, uznawany za największego z południowoamerykańskich autorów. Kto dziś w ogóle pamięta kim był Borges? A wtedy, w latach czterdziestych mawiano – Oto Leo Perutz  – ulubiony pisarz Borgesa. Po wojnie Leo wrócił do Europy, ale jego książki interesowały już tylko niewielką grupę ludzi, tych, co pamiętali starą Pragę i stary Wiedeń. Nie pożył zbyt długo, zmarł na początku lat pięćdziesiątych. Nas interesuje tylko jedna z jego książek. To zbiór opowiadań opisujący legendy praskie z czasów, kiedy miastem i całym cesarstwem rządził Rudolf von Habsburg, zwany cesarzem alchemików. Leo, inaczej niż wszyscy żydzi, którzy go znali, odnosi się do Rudolfa z wyraźną sympatią i stara się go bronić. To nie jest trudne, bo sam cesarz ułatwia to wszystkim swoim apologetom. Wystarczy nazwać go nieszczęśliwym wariatem i gotowe. Powodów zaś do takich nieobyczajnych wyzwisk zostawił Rudolf aż nadto wiele. I na nic zda się przekonywanie, że coś z tym szaleństwem jest nie tak. Przecież cesarz obiecał swojemu bankierowi – Mordechajowi Meislowi, że pozwoli jego rodzinie zachować nieruchomości, które tamten zbudował. Po czym, kiedy tamten zamknął oczy rozkazał przejąć wszystkie jego aktywa. No dobrze, ale zbaczamy nieco z drogi. Nas tu interesuje jedna tylko historia z tomu opowiadań zatytułowanego „Nocą pod kamiennym mostem”, wydanego raz tylko w Polsce, na początku lat dziewięćdziesiątych, w bardzo pretensjonalnej szacie graficznej. Opowiadanie to nosi tytuł „Henryk z piekła” i dotyczy niezwykłej bardzo audiencji na praskim dworze. Oto przed obliczem cesarza miał stanąć poseł beja Tunisu, śniadoskóry, czarnobrody, milczący mężczyzna w białym turbanie na głowie. Zanim cesarz udzielił mu łaski posłuchania, poseł długo oczekiwał w sali audiencyjnej, a wcześniej jeszcze odbył długą rozmowę z wszechwładnym majordomem Rudolfa Filipem Langiem. To on właśnie, kazał posłowi zająć miejsce w odpowiednim miejscu sali, a sam zajął się wprowadzaniem schorowanego już cesarza do wielkiej tronowej komnaty. Wszyscy wiedzieli, że z Rudolfem jest już niedobrze i trzeba w zasadzie pilnować go przez cały czas. Obawiano się jego gniewu, jego wybryków i jego zachowań, które uwłaczały nie tylko godności władcy, ale co gorsza także godności dworaków. Cesarz miał opinię szaleńca co się zowie. Dlatego nigdy właściwie nie zostawał sam. I oto Leo, ulubiony pisarz Borgesa kreśli przed nami taką scenę – dwóch lokajów przed którymi kroczy Filip Lang prowadzi Rudolfa ku tronowi. Ten zaś, kiedy się już tam znalazł, skamieniał na widok człowieka, którego zobaczył. Zaskoczeni reakcją władcy dworzanie, czekają aż Filip Lang wyjaśni sytuację. Ten zaś pyta Rudolfa czy wie kogo ma przed sobą. Cesarz zaś obserwując klęczącego na środku komnaty posła beja Tunisu mówi – tak wiem, to jest Henryk, Henryk Twaroch, przybył tu wprost z piekła. Kazałem go przecież powiesić dziesięć lat temu. Następuje konsternacja, nie da się ukryć kompromitacji, szybko więc wymienia się listy uwierzytelniajace i cesarz zostaje wyprowadzony. Następna scena. Późna noc. Ze apartamentów w górnym zamku wymyka się skromnie ubrany człowiek, który ciemnymi uliczkami idzie wprost do domu starego ogrodnika. To Henryk Twaroch, dawny złodziej, który był na tyle nierozsądny, by ukraść cesarzowi jeden z medali z jego wielkiej kolekcji. Pochwycony został skazany na powieszenie. Uciekł jednak, ale cesarzowi z obawy przed jego gniewem nic nie powiedziano. Stary ogrodnik jest jego ojcem. Mężczyźni padają sobie w ramiona i witają się radośnie. Ojciec pyta syna, dawno niewidzianego jedynaka, który zrobił dyplomatyczną karierę w Afryce, jak znajduje dwór po tylu latach…Ten zaś mówi najszczerzej jak potrafi – wszyscy zwariowali, tylko cesarz jest w formie, poznał mnie od razu.

No dobrze, zapyta niecierpliwy czytelnik, a gdzie drogi autorze zagadka, od której zacząłeś swoją opowieść. Jest przed Wami. Czy ktoś może wyjaśnić, co poseł beja Tunisu miał do załatwienia na cesarskim dworze w Pradze? To nie będzie proste. Przyjdzie nam sięgnąć jeszcze po jeden tekst. Na szczęście łatwo i powszechnie dostępny. Oto zdigitalizowany już dawno temu opis dalekiej wyprawy zatytułowany Islandia álbo Krotkie opisanie Wyspy Islandiy. Tekst napisany jest XVII wieczną polszczyzną, a jego autorem jest Daniel Vetter, jeden z najbliższych współpracowników Jana Amosa Komeńskiego. I tu się zatrzymajmy dla nabrania oddechu. Jak każda dobra historia, nasza także musi mieć antrakt, a ci którzy pamiętają sensacje z dawnych dobrych czasów drukowane na marnym gazetowym papierze, wiedzą, że po każdym odcinku pojawiały się na końcu tajemnicze litery.

CDN, których znaczenia mam nadzieję tłumaczyć nie muszę.

Gabriel Maciejewski | Coryllus
Autor serii książek popularyzujących historię ukazujących się pod zbiorczym tytułem Baśń jak niedźwiedź. Wydawca i autor popularnego, politycznego bloga www.coryllus.pl