Gabriel Coryllus Maciejewski o rozwiązywaniu zagadek historycznych
Ilustracja: canstockphoto

Strona główna / O rozwiązywaniu zagadek historycznych : część 2 na 2

O rozwiązywaniu zagadek historycznych : część 2 na 2

Gabriel Maciejewski | Coryllus

Po cóż cztery lata przed wielką wojną, która rozpoczęła się w 1618 roku w Pradze, młody Czech z Polski płynie na Islandię stojąc na pokładzie statku dowodzonego przez kapitana z Bremy?

To kolejna zagadka, ją także postaramy się rozwiązać. Najpierw jednak sprawdźmy co spotkało cały ten wielki konwój, który z całą pewnością nie był wyprawą turystyczną, ale jak najbardziej handlową. Ładownie zaś statków miałby być zapełnione przed powrotem jakimś towarem. Oto najważniejszą przygodą Bremeńczyków w drodze na Islandię był atak piratów, którzy próbowali nie tyle zatrzymać ekspedycję, co ją po prostu zniszczyć. Nie byłoby to dziwne, piractwo na morzach szerzyło się zawsze, gdyby Daniel Vetter nie określił dokładnie jacy to korsarze zaatakowali bremeńskie statki na Morzu Północnym. Otóż byli to piraci berberyjscy.

Co takiego!? – Zawoła czytelnik przyzwyczajony do realiów historycznych lansowanych przez Dana Browna – piraci berberyjscy?! A skąd oni się tam wzięli? Przecież to Arabowie z Maghrebu, po co płynęli tak daleko, z całą pewnością było im zimno. Czytelnik trochę bardziej wyrobiony, oddalający się powoli od schematów proponowanych przez wydawców Browna i jego naśladowców, spojrzy na mapę XVII wiecznej Europy i zacznie się zastanawiać nad pewnymi szczególnymi okolicznościami. Wyłóżmy je tutaj po kolei, jak karty na stole. Oto berberyjscy wojownicy podbijający miasta i palący wsie po północnej stronie morza Śródziemnego, wszyscy są muzułmanami lub żydami, a do tego poddanymi trzech władców zwanych bejami – beja Algieru, Maroka i Tunisu. Napisałem Tunisu? To chyba niemożliwe, skąd taki zbieg okoliczności, przecież w poprzednim odcinku czytaliśmy o tym, że na dworze cesarza Rudolfa odbyła się dziwna audiencja, której bohaterem był poseł beja Tunisu! Ach, nie ma się czym przejmować, to była historia zaczerpnięta wprost z taniej literatury, której dziś już nikt nie czyta. No dobrze, ale to nie zmienia wniosków jakie z oglądania XVII wiecznej mapy wyciąga uważny czytelnik. Arabowie z północnej Afryki plądrowali chrześcijańskie kraje, mordowali ludność, porywali ją w niewolę i sprzedawali na rynkach Rabatu, Algieru i Tunisu. Ich największym wrogiem, prócz papieża rzecz jasna, był król Hiszpanii Filip von Habsburg. Zaraz, czy on aby nie był krewnym tego drugiego Habsburga z Pragi, do którego przybył ten dziwny poseł z Tunisu? No, tak, tak, ale to przecież tylko literatura, w dodatku zapomniana dawno temu….

No dobrze, opowiadanie, które napisał Leo to jedno, a mapa to drugie. Żeby wypłynąć na Atlantyk, a potem na Morze Północne, Berberowie musieli mieć zgodę króla Hiszpanii. Nie mogło być inaczej, bo skały Gibraltaru należały wówczas do Hiszpanii, a nie do Wielkiej Brytanii. Twierdza zaś, która strzegła przesmyku uzbrojona była w armaty  nie dające szans śmiałkom, próbującym przepłynąć tamtędy bez zgody króla. Takie pozwolenie zaś należało załatwiać na najwyższych szczeblach. I po to właśnie Henryk Twaroch, były złodziej cesarskich numizmatów przybył do Pragi. Berberowie mieli tyle krwi hiszpańskiej za pazurami, że bezpośrednie negocjacje z Madrytem nie wchodziły w grę. Potrzebny był pośrednik, który w dodatku musiał otrzymać coś, na czym mu bardzo zależało.

Pora wyjaśnić komu i na czym bardzo zależało. Hiszpanii, choć głośno nikt tego nie mówił zależało na pokoju na morzu pomiędzy wybrzeżem iberyjskim a afrykańskim. Poza tym zależało Madrytowi na tym, by ktoś powstrzymywał ataki francuskich i angielskich piratów na konwoje wożące srebro i złoto z Meksyku. Przypomnijmy w tym miejscu, że tak zwany skarb Montezumy wieziony do Hiszpanii dla króla i cesarza Karola V został przechwycony przez Francuzów. To był potężny policzek dla korony hiszpańskiej.

Berberom zależało na tym, że móc pływać swobodnie po oceanie i łupić znajdujące się tam galeony, albowiem na Morzu Śródziemnym, byli oni wrogami wszystkich mocarstw, Europa chrześcijańska zaś, mimo że skłócona mogła w każdej chwili zapragnąć ostatecznego rozwiązania kwestii berberyjskiej.

Na czym zależało cesarzowi Rudolfowi? Na czymś niezwykle istotnym, na tym samym prawie na czym zależało płynącym na Islandię Bremeńczykom. Żeby dokładnie wyjaśnić na czym, musimy w tej chwili zajrzeć do pracowni jakiegoś praskiego alchemika. Każdy wie czym się zajmowali alchemicy. Poszukiwali kamienia filozoficznego, który każdą substancję może przemienić w złoto. Tak się to utrwaliło w świadomości powszechnej, a mit ten podtrzymywany jest przez tysiączne publikacje popularyzatorów historii i różnych fantastów. Najbardziej znana w Polsce anegdota dotycząca alchemików, to ta opowiadające o tym, że Michał Sędziwój, królewski alchemik o mało nie wysadził wierzy zamkowej na Wawelu, zwanej kurzą stopką. Szczegóły tej anegdoty nie są dla słuchaczy istotne, interesuje ich tylko, to że miało być złoto, a było wielkie bum. Sam zaś Michał Sędziwój doczekał się zasłużonej sławy i został przedstawiony cesarzowi Rudolfowi, wykonywał dla niego różne tajemnicze misje, których natura do dziś nie jest rozpoznana. Nie jest? Jest. Trzeba tylko spojrzeć na nią pod właściwym kątem.

Michał Sędziwój już w początkach XVII wieku rozpoczął wraz z Mikołajem Wolskim, kanclerzem królewskim, wielkim magnatem, budowę dużego okręgu przemysłowego pod Częstochową, tuż nad granicą, cesarskiego wówczas Śląska. Dlaczego tam właśnie produkować miano blachę, elementy stalowe potrzebne przy konstrukcji broni, drut stalowy i inne wyroby hutnicze? Ponieważ cesarstwo przygotowywało się do wojny. Wojna ta musiała wybuchnąć, albowiem zawarty w roku 1555 pokój pomiędzy katolikami a protestantami, zwany pokojem augsburskim nikogo nie satysfakcjonował. Wojna ta miała się w dodatku toczyć na ziemiach cesarstwa i każdy miał świadomość, że wobec potęgi protestantów, których wspierała Francja, Niemcy się nie obronią. Zniszczone zostaną ośrodki wytwórstwa, zdewastowane zostaną miasta, a ludność będzie wyrżnięta. Żeby móc w ogóle prowadzić tę wojnę cesarz musiał mieć jakieś bezpieczne zaplecze. Tym zaś mogła być tylko Polska. Zaufani ludzie Zygmunta III – Sędziwój i Wolski zbudowali za zgodą króla taki właśnie okręg przemysłowy. Każdy kto jeździł po wioskach wokół Częstochowy łatwo zauważył, jak charakterystyczne są ich nazwy – bania, blachownia, hamernia i podobne. To są wszystko określenia oznaczające miejsca gdzie przerabia się rudę żelazną na półprodukty.

Cóż z tego i co to ma wspólnego z Berberami i wyprawą na Islandię? Wiele. Ówczesna wojna, ba, każda wojna do połowy XIX wieku nie mogła się toczyć bez prochu. Ten zaś składa się, jak pamiętamy z trzech podstawowych komponentów: saletry potasowej, siarki i prochu strzelniczego. Od tego jakiej jakości saletra została użyta do produkcji prochu zależało jak daleko poleci kula wystrzelona z armaty. Skąd pozyskiwano saletrę? Zewsząd. Brytyjczycy wprowadzili specjalne prawo, które zmuszało obywatela do oddawania państwu zawartości wychodków oraz tego co zalegało pod nogami zwierząt w oborze. Z tych właśnie frakcji pozyskiwano saletrę. Na Ukrainie znajdowały się duże złoża saletry, stąd właśnie kozacy, byli w zasadzie samowystarczalni jeśli idzie o produkcję broni. Większość jednak państw Europy skazana była na import. Ciekawe skąd? Dociekliwi już zgadli. Tak, tak, z północnej Afryki. Tam, na wielkich przestrzeniach Sahary kryształy saletry, czystej jak łza, rosły po prostu jak grzyby. Czekały miliony lat na to, by człowiek wymyślił proch strzelniczy i użył ich do jego produkcji.

Dobre stosunki z Afryką północną były więc gwarantem dostaw saletry. Czy już wiecie teraz po co Henryk Twaroch przybył do Pragi? Miał załatwić kontrakt na dostawę tego surowca. Cesarz miał w zamian za to skłonić swojego kuzyna, króla Hiszpanii do wypuszczenia Berberów na Atlantyk. Habsburgowie podbili stawkę i wynegocjowali dodatkowo, że Berberowie będą atakować protestanckie konwoje płynące na Islandię. Ciekawe czy już zgadliście po co one tam pływały? Każdy kto był na Islandii wie, że są tam gorące, siarkowe źródła. Siarka zaś była drugim ważnym komponentem do produkcji prochu strzelniczego. Świat protestancki, wspomagany przez katolicką Francję szykował się do rozprawy z cesarstwem Niemiec, w całej Europie i na wybrzeżach Afryki trwał od roku 1555 wielki wyścig zbrojeń. Ludźmi zaś, którzy odgrywali w nim rolę kluczową byli alchemicy. Nie poszukiwacze kamienia filozoficznego bynajmniej, ale technologowie i menedżerowie zarządzający zasobami, ludźmi i fabrykami. Tacy jak Michał Sędziwój, zwany Polonusem i Mikołaj Wolski, powszechnie uważany za czarownika.

Ktoś podejrzliwie spojrzy na te rewelacje i zapyta – dlaczego w takim razie w relacji Daniela Vettera nie ma słowa o siarce? Dodam jeszcze jedną zagadkę – dlaczego jego tekst napisany w początku XVII wieku opublikowano dopiero pod koniec stulecia? Otóż dlatego, że tajnych materiałów szpiegowskich nie udostępnia się wszystkim naokoło. Czytelnicy ówczesnej literatury i prasy mieli wierzyć, że alchemicy to ludzie produkujący złoto z rtęci, a jedynym pragnieniem ich mocodawców jest powiększająca się stale góra złotych dukatów. Ten świat naprawdę niewiele się zmienia… iluzje zaś dzisiejsze nie obiegają wiele jakością od ówczesnych…

Gabriel Maciejewski | Coryllus
Autor serii książek popularyzujących historię ukazujących się pod zbiorczym tytułem Baśń jak niedźwiedź. Wydawca i autor popularnego, politycznego bloga www.coryllus.pl