Smoleńsk, Rocznica Smoleńska, 7 rocznica, PO
Ilustracja: canstockphoto

Strona główna / O wesołych Romkach z PO i żarcie, który nie wyszedł

O wesołych Romkach z PO i żarcie, który nie wyszedł

Krzysztof Osiejuk | Toyah

Każdy z nas, kto interesuje się polityką, jako wydarzeniem przede wszystkim medialnym, od pierwszej już chwili mógł się spodziewać, że wygłoszona w Sejmie przez ministra Bartosza Kownackiego uwaga o krwi na rękach polityków Platformy Obywatelskiej musi się skończyć solidną awanturą. Nic tak bowiem nie jest w stanie doprowadzić ludzi złych i występnych do wściekłości, jak żywa prawda. No i stało się tak, że Kownacki powiedział to jedno zdanie o tym, że ktoś kto ma na rękach krew 96 osób zmarłych w katastrofie, którą sam, czy to przez swoje złe intencje, czy choćby przez swój parszywy charakter, sprokurował, powinien się nie odzywać, gdy chodzi o coś tak trywialnego, jak bezpieczeństwo na drodze, i podniósł się zgiełk, jakiego świat nie widział.

Powiem szczerze, że choć sam, podobnie zresztą, jak wielu z nas, ową teorię o krwi na rękach przynajmniej niektórych polityków Platformy Obywatelskiej od samego początku traktowałem z najwyższą powagą, zawsze też dopuszczałem tę oto ewentualność, że za katastrofą rządowego Tupolewa w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku, nie koniecznie stoi czyjś brudny plan, ale że  była ona wynikiem czegoś, co część mediów postanowiła określać mianem „przemysłu pogardy”, ja natomiast wolę nazywać „przemysłem nienawiści” i że to owa nienawiść połączona z czystą ludzka złośliwością doprowadziła do tego nieszczęścia. Pamiętam, że w tamtych dniach jeszcze, wspominając czas gdy politycy Platformy Obywatelskiej w ścisłej współpracy z reżimowymi mediami robili wszystko, co tylko im przyszło do głowy, by upokorzyć Lecha Kaczyńskiego w każdym możliwym wymiarze, jako prezydenta, polityka, czy wreszcie jako człowieka z krwi i kości. Nigdy nie zapomnę choćby sytuacji, kiedy Prezydent musiał odwołać któreś ze spotkań z powodu grypy żołądkowej, czy czegoś podobnego, a popularny rysownik Andrzej Mleczko narysował szalenie jego zdaniem zabawny obrazek, przedstawiający prezydencką limuzynę, ciągnącą za sobą budkę na kółkach z charakterystycznym napisem „TOI TOI”. Przepraszam bardzo, ale podobnie jak zastanawiam się, jak podły charakter musi stać za tego typu poczuciem humoru, nie mam też wątpliwości, że Andrzej Mleczko nie był tu żadnym wyjątkiem. No i nie mam wątpliwości, że od tego toi toia na kółkach droga do tego, co się w końcu zdarzyło w ów sobotni poranek bardzo prosta.

Przyszła mi zresztą wówczas do głowy pewna przypowieść, którą pozwolę sobie tu przypomnieć.

Otóż wyobraźmy sobie, że mam znajomego, którego szczerze i w sposób jak najbardziej moim zdaniem uzasadniony nie znoszę, jednak przez to, że nic on sobie z moich odczuć  nie robi, korzystam z każdej okazji, by mu dokuczyć. I wyobraźmy sobie, że ten mój znajomy zamierza zorganizować u siebie w domu przyjęcie z udziałem zaproszonych gości, do niego się przygotowuje i bardzo go wyczekuje. A ja wtedy sobie wymyślam, że będzie bardzo śmiesznie, jeśli ja mu włożę w zamek szpilkę i kiedy on będzie wracał do domu z tymi butelkami, chrupkami, serami i czym tam jeszcze, nie będzie mógł wejść do domu, będzie stał przed tymi drzwiami jak głupi z tym całym towarem, po pewnym czasie zaczną schodzić się goście i będą tak wszyscy stali w tych garniturach i sukniach, licząc na zabawę, której nie będzie, a on będzie się tak żałośnie szarpał z tymi drzwiami, wściekał i będzie w tej swojej bezradności taki beznadziejny. A ja będę stał w oknie i pokładał się ze śmiechu.

I wtedy, zupełnie niespodziewanie, kiedy oni wszyscy będą się tak bezradnie kręcić pod tym zamkniętym przy pomocy jednej malutkiej szpilki domem, obok będzie przejeżdżać ciężarówka, prowadzona nieszczęśliwie przez pijanego kierowcę, wiedzie w grupę niedoszłych balowiczów i wszyscy w jednej chwili zginą…

Przepraszam bardzo, ale czy ja może kogoś zabiłem? Czy może jestem winien zbrodni? Jak my w ogóle możemy mówić o zabójstwie? Czy to ja za dużo wypiłem i wjechałem w tych ludzi? O co więc do mnie pretensje? Że jestem człowiek wesoły, lubiący sobie zażartować?

Otóż ja nie mam najmniejszej wątpliwości co do tego, że nawet jeśli wszyscy ci ludzie, których stosunek do Lecha Kaczyńskiego tak znakomicie wyraził w swoim obrazku Andrzej Mleczko nie życzyli mu śmierci, mieli w ów sobotni ranek w głowie jedno tylko marzenie: żeby stało się coś, co doprowadzi do tego, że on tam w tym Smoleńsku będzie stał na tym lotnisku, albo gdzieś w lesie jak głupi, z tym swoim głupim przemówieniem, z tymi swoimi głupimi ambicjami i nawet nie będzie miał do dyspozycji tego toi toia, a ci jego głupi ministrowie będą nerwowo biegać po okolicy z komórkami w dłoniach, próbując się dodzwonić po jakąś pomoc, a my tu się będziemy pokładać ze śmiechu. I powtórzę raz jeszcze. Ta opcja to i tak dla nich rozwiązanie najbardziej łaskawe, zakładające, że żaden z nich coś tam przy tym samolocie nie postanowił podłubać.

A zatem załóżmy, że minister Kownacki rzeczywiście nie był tak do końca sprawiedliwy w swojej ocenie odpowiedzialności polityków Platformy Obywatelskiej, gdy chodzi o to co się zdarzyło siedem już lat temu – swoją drogą, ciekawe to bardzo, jak ten czas leci – w Smoleńsku i że oni mają jakieś tam prawo do tego, by się czuć dotknięci. Załóżmy, że tam akurat nikt z nich nie kiwnął palcem, by doprowadzić do tej katastrofy. Załóżmy, że oni się tylko modlili o ty, by stało się coś, przy czym się będzie można pośmiać.

Tyle że nawet i wtedy nie da się nie zauważyć, że ten śmiech, który im zamarł w ustach, miał zdecydowanie kolor czerwony. A zatem to ich dzisiejsze oburzenie robi wrażenie co najmniej nieszczerego.

Krzysztof Osiejuk | Toyah
Anglista, autor książek, dziennikarz. Autor bloga "Toyah: Posłuchaj to do Ciebie" www.toyah.pl