Kim był polski Indianin Stanisław Supłatowicz
Ilustracja: canstockphoto

Strona główna / Polski Indianin czyli balon pełen fikcji

Polski Indianin czyli balon pełen fikcji

Gabriel Maciejewski | Coryllus

8 lipca na gdańskim cmentarzu Srebrzysko odbył się dziwny pogrzeb. Na trumnie nieboszczyka leżała biało czerwona wstęga z literami AK, oraz indiański pióropusz. Zmarły bowiem, jak utrzymywały media i on sam za życia, był pół krwi Indianinem pochodzącym z plemienia Shawnee. Naprawdę nazywał się Stanisław Supłatowicz, ale używał stale rzekomo indiańskiego imienia Sat Okh, co miało znaczyć Długie Pióro.

Zmarły rozpoczął swoją karierę w późnych latach pięćdziesiątych, ukazała się wtedy jego książka pod tytułem „Ziemia słonych skał”. Książkę te napisał w rzeczywistości Jerzy Broszkiewicz, autor popularnych książek dla młodzieży, ale dla podniesienia atrakcyjności tej prozy, podpisano je  indiańskim imieniem Sat Okh, a na czwartej stronie okładki umieszczono zdjęcie Stanisława Supłatowicza. Tak rozpoczęła się niezwykła kariera tego niezwykłego człowieka. Sat Okh przebrany w strój indiański występował w programach dla młodzieży i opowiadał o swoim życiu na dalekiej, kanadyjskiej północy, nad Wielkim Jeziorem Niedźwiedzim. Legenda jego życia, bo trudno doprawdy uznać ją za rzeczywisty życiorys, mówiła, że jego matka, zesłana na Syberię za udział w rewolucji 1905 roku, przepłynęła w czółnie cieśninę Beringa i dostała się na Alaskę, stamtąd do Kanady, a tam poznała wodza Indian Shawnee, z którym miała dziecko, chłopca imieniem Długie Pióro. Z chłopcem tym przyjechała do Polski tuż przed wybuchem II wojny światowej i już tu zostali.

W czasach kiedy Sat Okh występował w komunistycznej telewizji nie wspominał nawet o swojej służbie w AK w okręgu świętokrzyskim i w ogóle mało mówił o przeszłości. Ta część legendy, dotycząca jego walk z Niemcami została dobudowana później. My teraz zajmijmy się jej wersją podstawową. Ludzie, którzy ją stworzyli nie mieli pojęcia ani o Indianach, ani o Ameryce, ani nawet o pływaniu czółnem po otwartych wodach. Nie ma możliwości, by kobieta, nawet w towarzystwie kilku mężczyzn przepłynęła czółnem cieśninę Beringa. To jest kłamstwo tak jawne, że aż przykro się je czyta. Pomiędzy wybrzeżem Alaski a Wielkim Jeziorem Niedźwiedzim rozciągają się nieprzebyte przestrzenie, nad którymi do dziś najlepiej przelatywać śmigłowcem. W jaki sposób miała je pokonać kobieta, która dopiero co przepłynęła w nieludzkich warunkach wielką cieśninę? Wcześniej zaś była osadzona w jakiejś ponurej wiosce na Syberii.

Legenda Sat Okha podobała się jednak wszystkim i wszyscy ją powtarzali. Łatwo było w nią uwierzyć, nie było internetu, dostęp do informacji nie istniał w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Dlaczego jednak dziś ludzie wciąż wierzą w te kłamstwa tego nie sposób dociec. W języku Indian Shawnee nie istnieje taka zbitka głosek jak Sat Okh, plemię to nigdy nie mieszkało na dalekiej północy. Shawnee to amerykańscy Indianie, którzy po ciężkich walkach toczonych na początku XIX wieku z osadnikami i armią USA, zostali przesiedleni do Oklahomy. Sat Okh zaś utrzymywał, że przedostali się przez granicę z Kanadą, a tam Brytyjczycy przesiedlili ich na północ. Nikt nigdy nie potwierdził tej fikcji, a mimo to ludzie w nią wierzą. W nowych czasach, kiedy telewizja przestała zapraszać Supłatowicza do studia, uznając, że jest on jednak nieco zbyt archaiczny, a do tego ciągle zmienia treść swojej legendy – pewnego dnia oznajmił, że jest wnukiem wielkiego Tecumseha – dobudował on dalszą, jeszcze bardziej niewiarygodną część swojego życiorysu. Zaczął opowiadać, jak walczył z Niemcami w Górach Świętokrzyskich, potem zaś jeszcze bardziej ubarwił swoją historię mówiąc, że jego matka ukrywała w ich mieszkaniu, w Radomiu żydowską dziewczynę, zastawiając jej kryjówkę przepierzeniem z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej. Kiedy na ekrany kin wszedł film „Wichry namiętności”, w którym widzimy jak Brad Pitt skalpuje niemieckich żołnierzy, Supłatowicz zaczął opowiadać, że on też skalpował Niemców w czasie wojny. Nikt nie zwrócił uwagi na ten absurd. Szczytowym punktem tej trwającej całe życie mitomanii była gawęda o tym, jak to dzielny Sat Okh, który w partyzantce miał pseudonim Kozak, (bo jak inaczej!), szedł po dnie rzeki z torbą pełną trotylu, żeby wysadzić most. Oddychał przy tym, przez wąską rurkę. Każdy kto choć raz próbował zanurzyć się w wannie i oddychać przez rurkę wie, że jest to niemożliwe. To jednak nie koniec. Na terenie, gdzie rzekomo działał oddział, w którym Supłatowicz wykonywał misje niewykonalne, płyną dwie rzeki – Kamienna i Pilica. Obie są płytkie i mowy nie ma o tym, by dorosły człowiek poruszał się po dnie nie zauważony przez ludzi stojących na brzegu. To jest komedia.

Mimo tych wszystkich, jawnych i oczywistych kłamstw, postać Stanisława Supłatowicza fascynowała wiele osób. I to jest coś rzeczywiście zagadkowego. Ludziom bowiem, jak mniemam, zdawało się i zdaje nadal, że te wyssane z palca bujdy dodają im i miejscom gdzie przyszło im żyć egzotycznej atrakcyjności. Oto ostatnio radni Szydłowca uchwalili, że przebiegający przez gminę odcinek drogi krajowej nr 7 będzie nosił imię Sat Okha. Został on nawet odznaczony krzyżem walecznych.

Kim był w rzeczywistości Stanisław Supłatowicz? Marynarzem, pływał na transatlantykach i jak wszyscy pływający tam marynarze robił kokosowe interesy w portach całego świata. Bardzo późno przyjechał do Polski z ZSRR, urodził się najprawdopodobniej na Syberii, słabo znał angielski, a wszystkie indiańskie słowa i zwyczaje, którymi epatował swoją publiczność zaczerpnął z „Pieśni o Hajawacie” Longfellowa.

Gabriel Maciejewski | Coryllus
Autor serii książek popularyzujących historię ukazujących się pod zbiorczym tytułem Baśń jak niedźwiedź. Wydawca i autor popularnego, politycznego bloga www.coryllus.pl