Gabriel Maciejewski Coryllus Jak nakręcić koniunkturę - Polskie Obozy
Ilustracja: canstockphoto

Strona główna / Polskie obozy, czyli jak nakręcić koniunkturę

Polskie obozy, czyli jak nakręcić koniunkturę

Gabriel Maciejewski | Coryllus

Warto na początku zadać pytanie, czy wyniki sprzedaży mają coś wspólnego z moralnością. To znaczy czy przy kreowaniu wyniku trzeba się nią kierować czy też nie. Mówię tu o sprzedaży bardzo konkretnego produktu, to znaczy książki. Oto w sieci Empik pojawiła się książka niejakiego Marka Łuszczyny zatytułowana „Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne”. O tym, że autor manipuluje pojęciami świadczy już sam projekt okładki, gdzie słowa „powojenne, komunistyczne”, „pracy” i „karne” zostały zakreślone krzyżykami. Widać tylko trzy słowa: „polskie”, „obozy” i „koncentracyjne”. Koncept ten został pomyślany jako „kontrowersyjny”, choć w rzeczywistości kontrowersyjny nie jest, jest żałosny. Spróbuję to wyjaśnić najprościej jak potrafię, a w dodatku jeszcze tak, byśmy nie musieli analizować, złożonej, choć przecież dla wszystkich nas jasnej sytuacji powojennej w Polsce. Będzie to dowód nie wprost na nieuczciwość wydawcy i autora.

Do czego służą kontrowersyjne książki z ich kontrowersyjnymi okładkami? Do zwiększania sprzedaży. To jest aksjomat, którego nikt mam nadzieję, nie ośmieli się podważać. Kontrowersyjne okładki, z wizerunkiem rozebranej kobiety, mężczyzny sikającego na mur, albo psów kopulujących na trawniku służą zwiększeniu sprzedaży. Czy nie o tym marzył Łuszczyna pisząc swoją książkę? Czy nie śnił mu się sukces rynkowy? Jasne, że mu się śnił. No, ale cóż to za kontrowersja, kiedy on się już na wstępie przyznaje, mam na myśli tę okładkę, że kłamie. Że chce nas trochę podrażnić, chce powiedzieć, że to tylko takie żarty, bo wszyscy wiemy jak było, ale chodzi o to, żeby tych drętwiaków z okolic IPN, te moherowe babuleńki i tych niedzielnych patriotów trochę wkurzyć. Czy to jest stosowna kokieteria? A co najważniejsze czy jest ona efektywna? Kokieteria rzadko bywa efektywna. Powiedziałbym nawet, że kokieteria zawsze jest pułapką, można ją nawet wprost nazwać antyreklamą. Jeśli ktoś usiłuje kokietować czytelnika, a nie ma długich nóg, zgrabnej figury i ładnego uśmiechu, a jedynie głupią gębę i małe ciekawskie oczka, na kokieterii się przejedzie. Kobiecie można ją jeszcze wybaczyć i pewnie do niejednej autorki ustawiłaby się długa kolejka przebaczających, ale Łuszczynie ten numer się nie uda. W handlu en masse kokieteria to pułapka. Każdy kto coś sprzedawał musi się ze mną zgodzić.

No, a tu Łuszczyna i jego wydawca – oficyna „Znak” idą na ostro i mrugają do nas, jakby im wróbel wpadł do oka. Czy czytelnik dobrze się z tym czuje i kupuje książkę Łuszczyny? A gdzie tam. Czytelnik ma ją w nosie. Nie dość, że czuje się oszukany okładką, to jeszcze wie, że próbują zrzucić na niego odpowiedzialność za obozy koncentracyjne, tylko dlatego, że jest Polakiem. O to bowiem chodzi w całej tej akcji z obozami – żeby w sto lat – bo cóż to jest dwie dekady, które nam pozostały do okrągłej rocznicy – po wojnie wszyscy mówili, że wywołali ją Polacy, ponieważ nie lubili Żydów. A tu proszę – mamy dowód – książka Łuszczyny pod jakże znamiennym tytułem.

Coś tu jest jednak nie tak. Skoro Łuszczyna nie sprzedaje książki, a ja jestem pewien, że nie sprzedaje, to gdzie tu zysk i sukces, który mu się śnił? Otóż sukces Łuszczyny został zapisany w kontrakcie, jak mniemam, gdzie czarno na białym wyłuszczono (ach te wyrazy bliskoznaczne) kto jest sponsorem tej książki. Oficyna „Znak” nie wyrzuciła przecież w błoto swoich własnych pieniędzy i nie przykryła ich tym całym Łuszczyną dla niepoznaki. Ktoś je musiał wyłożyć i zaryzykować, ktoś komu potrzebne są polskie obozy koncentracyjne i kto ma w nosie, czy ta książka będzie się sprzedawać czy nie. Bo przecież istotne jest tylko to, żeby była i żeby można było nią wywijać, kiedy w życie wejdą pokolenia dzisiejszych trzylatków, które już zupełnie nie będą miały pojęcia o tym czy Hitler żył przed dinozaurami czy po nich. Może to była jakaś niemiecka fundacja? Któż to może wiedzieć, umowy są tajemnicą handlową. Jedno jest tylko pewne, na fali pomówień Polski i Polaków, ktoś postanowił wyprodukować dowód rzeczowy dla przyszłych pokoleń. Trywialny, płaski i udający prowokację. Łuszczyna zaś, jego autor miał nadzieję, że na tym sucharze wjedzie do literatury krajowej, a potem może nawet europejskiej. To nic, że się teraz nie udało, jak ktoś miał dobry start to będzie swoje dzieło kontynuował. Czy on się nie boi – zapyta ktoś. A czego ma się bać? Nikt mu nic nie zrobi, bo niejedna czynna w kraju niemiecka fundacja dba o to, by odwracanie pojęć szło na całego, a wszyscy wokół choć raz zastanowili się, czy czasem nie uderzyć się w pierś i nie powiedzieć – a może to i moja wina?

Otóż nie, to nie jest i nigdy nie była nasza wina. I nie chodzi tu wcale o to, że pierwsi obóz koncentracyjny jako narzędzie do walki z wrogą populacją wynaleźli Brytyjczycy. Niemcy zaś udoskonalili je w sposób niespodziewany i twórczy. Tu chodzi o coś innego zgoła, o to, że w naszym państwie i naszym narodzie nigdy nie zrodził się taki pomysł, by eksterminować wrogów masowo przy użyciu nowoczesnej techniki. A skoro się taki pomysł nie zrodził kilku cwaniakom wydaje się, że jesteśmy durniami. Nie wymyśliliśmy cyklonu B, nie wywołaliśmy nigdy i nigdzie fali sztucznego głodu, więc można nam skakać po łbach, bo cóż my możemy rozumieć z prawdziwego życia i prawdziwych aspiracji, a także prawdziwej władzy? Nic, a nic. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie przypuszczam ani przez moment, że podobne myśli lęgną się w głowie Łuszczyny. Co to, to nie. One jednak z całą pewnością lęgną się w głowach tych, którzy Łuszczynie płacą. I powiem Wam jeszcze coś, one tam z czasem kamienieją jak beton. Wiecie dlaczego? Bo żaden z tych sponsorów nie dostał jeszcze porządnie po mordzie za te polskie obozy. I dopóki nie dostanie będzie czuł dumę ze swojego plemienia, które tak elegancko rozwiązało problem utylizacji niepotrzebnych ludzi w tym całym Auschwitz.

Gabriel Maciejewski | Coryllus
Autor serii książek popularyzujących historię ukazujących się pod zbiorczym tytułem Baśń jak niedźwiedź. Wydawca i autor popularnego, politycznego bloga www.coryllus.pl