Rosyjska agentura w Polsce. Kto było oskarżany o bycie agentem?
Ilustracja: canstockphoto

Strona główna / Wszyscy jesteśmy ruskimi agentami

Wszyscy jesteśmy ruskimi agentami

Józef Amiens

Bezsprzecznie nie ma innego państwa, od którego Polska doznałaby więcej krzywd w przeciągu swojej historii, niż Rosja, i to niezależnie od tego, czy jej emanacją w danym momencie jest carat czy Związek Sowiecki. Nic zatem dziwnego, że prawdziwych ideowych rusofilów mamy w Polsce jak na lekarstwo. Jeśli gdzieś już pojawia się głos wyraźnie prorosyjski, to głównie z przyczyn koniunkturalnych lub sentymentalnych. Jednocześnie jedną z największych obelg w życiu publicznym od lat niezmiennie pozostaje oskarżenie o prorosyjskość lub wręcz o bycie „ruskim” agentem.

Tak trochę na marginesie: słowo „ruski” zyskało w języku polskim w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat zaskakująco negatywną konotację. Mało kto dziś pamięta, że kiedyś ten przymiotnik był jak najbardziej pozytywny, odnosił się bowiem do ziem południowo-wschodnich Rzeczypospolitej i nie miał nic wspólnego z „Państwem moskiewskim”, jak niegdyś nasi przodkowie nazywali wschodniego sąsiada. Trochę to smutne, że z tego wielkiego dziedzictwa pozostały nam już dzisiaj tylko pierogi ruskie.

Kto więc ostatnimi czasy był w Polsce oskarżany o bycie rosyjską agenturą?

– Platforma Obywatelska – za ocieplenie stosunków w Rosją, za katastrofę smoleńską, za „spisek” z Putinem przeciwko Kaczyńskiemu;
– Prawo i Sprawiedliwość – za odwracanie się od Unii Europejskiej i kurs antyzachodni, za krytykę nacjonalizmu ukraińskiego, za przyjaźń z Orbanem;
– Polskie Stronnictwo Ludowe – za podpisanie umowy gazowej z Rosją, za sprzeciwianie się sankcjom nałożonym na Rosję, za niedostateczne wspieranie Ukrainy;
– Sojusz Lewicy Demokratycznej – za moskiewską pożyczkę, za niechęć do dekomunizacji i w ogóle za całe dziedzictwo PZPR;
– narodowcy – za kurs antyzachodni, za otrzymywanie wsparcia ze strony Rosji, za dziedzictwo endecji;
– skrajna lewica – za neokomunizm, który u nas ma jednoznaczne skojarzenia z Moskwą.

Agenturę moskiewską zarzucał Macierewicz większości polskich ministrów spraw zagranicznych, agentem rosyjskim jest oczywiście zawsze Korwin-Mikke, prorosyjski w debacie bywał Mirosław Hermaszewski, Daniel Olbrychski, Andrzej Lepper, Tadeusz Rydzyk, Gazeta Wyborcza czy Paweł Kukiz. Krótko mówiąc, agentami rosyjskimi jesteśmy prawdopodobnie WSZYSCY!

Nietrudno więc wysnuć wniosek, że z tą prorosyjskością to jest jakaś nasza narodowa obsesja, historyczna trauma, psychotyczny lęk, który nie pozwala nam racjonalnie myśleć. Jest to oczywiście zrozumiałe, patrząc na naszą historię ostatnich 300 lat, przez których większość mieliśmy na naszych ziemiach rosyjskie wojska. Niemniej taka postawa uniemożliwia nam jakiekolwiek racjonalne myślenie w skali międzynarodowej. Zachowując się obsesyjnie, nie uda nam się wypracować stanowiska zgodnego z naszą racją stanu w przypadku takich spraw jak gazociąg pod dnem Bałtyku czy konflikt na Ukrainie. We współczesnej polityce międzynarodowej nie ma wrogów czy przyjaciół. Są interesy i tylko racjonalnie myśląc, państwo może osiągnąć sukces.

Co ciekawe, strona rosyjska wcale nie „zaciera rąk”, gdy w Polsce ta czy inna opcja wygra wybory. I to wcale nie dlatego, że jesteśmy dla nich aż tak mało ważnym krajem. Po prostu wiedzą, że którakolwiek partia nie wygra wyborów w Polsce i tak będzie prowadzić politykę… antyrosyjską! Czy to przekonanie słuszne czy to z kolei rosyjska obsesja historyczna, pozostawiam do dyskusji po wschodniej stronie granicy.

Jaka jest zatem prawda? Czy w Polsce faktycznie jest aż tylu rosyjskich agentów? Czy w rzeczywistości nie ma ich wcale, poza autorem tego artykułu, bo skoro takie rzeczy wypisuje, to musi być agentem Kremla?

Prawdy oczywiście nie poznamy, bo znać jej nie możemy, możemy jedynie spekulować. Ja osobiście nie mam wątpliwości, że w Polsce jest wielu agentów obcych służb. Zapewne najwięcej jest rosyjskich i amerykańskich. O ile w przypadku tych drugich z oczywistych względów o takich rzeczach się nie mówi (w końcu to nasz sojusznik), o tyle zaskakująco rzadko wychodzi na jaw w Polsce jakaś sprawa agentury rosyjskiej. A jeśli już coś takiego ma miejsce, są to sprawy błahe. A przecież jeszcze z czasów PRL-u powinno być w Polsce pozostać wielu agentów, o których istnieniu nie mamy i nie będziemy mieli pojęcia. Podobnie jak nadal nie poznaliśmy prawdy o sowieckiej agenturze w Polskim Państwie Podziemnym, tak samo zapewne nigdy nie dowiemy się o prawdziwych agentach, którzy działają w Polsce na rzecz Kremla.

Można powiedzieć, sprawa oczywista, tak działają służby. Ale przy obsesyjnej retoryce politycznej o ruskich agentach w każdej opcji politycznej, zaskakujące jest jednoczesne milczenie na temat spraw, w których NAPRAWDĘ maczały palce rosyjskie służby. A przynajmniej na to wskazują strzępki informacji, którym z wielkim trudem udaje się przebić przez media. Taką sprawą jest choćby śmierć Marka Karpia, założyciela i pierwszego dyrektora Ośrodka Studiów Wschodnich. Sprawa na pewno nie tak medialna jak Smoleńsk czy śmierć Olewnika, ale daleko bardziej zagadkowa i w przeciwieństwie do tamtych naprawdę sugerująca związek z tajnymi służbami.

Tak więc, czy „ruscy agenci” to coś więcej niż tylko polityczna obelga? Z pewnością tak, ale nie ma ich tam, gdzie ich szuka większość z nas.

Józef Amiens
Zawodowo kontroler projektów unijnych i ekspert oceniający wnioski. Naukowo wieloletni doktorant nauk ekonomicznych. Z zamiłowania historyk i obserwator życia publicznego.