ZNP, Karta Nauczyciela, Gimnazja, Nauczyciele
Ilustracja: canstockphoto

Strona główna / Związek nieróbstwa polskiego

Związek nieróbstwa polskiego

Rafał Dawoski

Tytuł felietonu w luźny sposób nawiązuje do Związku Nauczycielstwa Polskiego. Przede wszystkim na wstępie chcę wyjaśnić, że moje słowa nie dotyczą całej grupy zawodowej nauczycieli, a jedynie postaw i mentalności, których najbardziej charakterystyczną emanacją jest ZNP. I nie są żadnym oskarżeniem pod adresem zawodu nauczyciela, ani wyrazem braku szacunku dla ciężkiej pracy pedagogów. Chodzi o obiektywne spojrzenie na pracę polskiego nauczyciela bez demagogii uprawianej przez działaczy związkowych.

Nauczyciele szkół publicznych posiadają w Polsce specyficzny pod wieloma względami status na rynku pracy, a ich zawód obfituje w wiele przywilejów. Nie są to może przywileje porównywalne do tych, którymi dysponuje szeroko pojęty wymiar sprawiedliwości czy górnicy, jednakże obraz nauczycielstwa, jaki sama na swój temat ta grupa kreuje, jest niezgodny z rzeczywistością. To wcale nie są najbardziej pokrzywdzeni zawodowo ludzie w Polsce. Przeciętnemu nauczycielowi żyje się w Polsce całkiem nieźle, pod względem relacji otrzymywanych zarobków do stawianych wymagań.

Zacznijmy od zarobków. Wiem, że osławione ponad 5 tysięcy złotych średnich zarobków nauczyciela o najwyższym stopniu awansu jest zaciemnieniem przekazu m.in. dlatego, że nie wiedzieć czemu, do tej kwoty są również wliczane odprawy. Niemniej jednak po przeanalizowaniu stawek minimalnych na danym stopniu awansu zawodowego nauczyciela, porównaniu tego z ich średnim wynagrodzeniem, uwzględnieniu różnych dodatków do wynagrodzeń i zasięgnięciu opinii wielu nauczycieli, można z grubsza przyjąć, że przeciętny nauczyciel po kilkunastu latach pracy zarabia ok. 3 – 3,2 tysięcy na rękę. Szacunek, jeszcze raz podkreślę, jest mocno przybliżony. Czy jest to mało, czy dużo? To średnia płaca w Polsce. A należy pamiętać, że ok. 2/3 Polaków pracuje za wynagrodzenie niższe od średniej płacy zawyżanej np. przez zarobki prezesów banków. Generalnie są to pieniądze, które w Warszawie pozwalają nie umrzeć z głodu, a na prowincji sytuują w grupie bogatszych obywateli. Narzekania, że to mało, można skwitować tym, że w Polsce za taką kwotę ludzie często muszą żyć, a jeszcze częściej o takiej marzą. Średnia płaca ma to do siebie, że nie jest możliwe, żeby wszyscy zarabiali powyżej niej.

Wspomniałem o dodatkach do wynagrodzenia. Poza bardziej (np. dodatek stażowy) lub mniej (np. dodatek za pracę na terenach wiejskich) zrozumiałymi nauczyciel w Polsce może liczyć na tzw. dodatek wyrównawczy (de facto coś jak czternasta pensja – o trzynastej nawet nie wspominam, bo to oczywiste, że nauczyciel ją ma), a także na dodatkowe pieniądze za zastępstwa. Wszystko co powyżej dość niskiego pensum 18 godzin (lekcyjnych!) tygodniowo, jest dla nauczyciela dodatkowo płatne. To przywilej w porównaniu z pracą w przeciętnej firmie, w której gdy pracownik idzie na urlop lub zwolnienie, jego obowiązki musi wykonać kto inny najczęściej za darmo. Jest też dużo przywilejów pozapłacowych np. coroczna dopłata do wczasów, różne bezpłatne wycieczki nauczycielskie. Przywilejów, które nie są nawet marzeniami dla ludzi pracujących w małych firmach.

Kolejna sprawa to czas pracy. Nauczyciel jest rozliczany jedynie z owych 18 godzin lekcyjnych przy tablicy (13,5 godziny zegarowej) tygodniowo. Resztę czasu poświęca na prace przygotowawcze do lekcji, samokształcenie, sprawdzanie klasówek, zebrania z rodzicami itp. Znaczy to, że 2/3 pracy polskiego nauczyciela nie jest w żaden sposób rozliczane. Z doświadczenia wiem, że przygotowanie się do zajęć zajmuje dużo więcej czasu niż same zajęcia trwają, ale jedynie za pierwszym razem. Za każdym kolejnym jest to 5-10 minut przypomnienia sobie, o czym mam jutro mówić. Myślę, że w kolejnych latach nawet owe przypomnienie nie jest konieczne. Nauczyciele przedmiotów „lżejszych” typu wychowanie fizyczne czy plastyka mają jeszcze łatwiej, bo o jakimś przygotowywaniu się nie ma właściwie mowy. Sprawdzanie klasówek nie zajmuje zaś aż tyle czasu, skoro dziś to głównie testy wyboru. Zebrania zaś są stosunkowo rzadko. Oczywiście nauczycielowi mogą dojść też inne obowiązki, szczególnie gdy jest wychowawcą klasy, ale na pewno nie są to obowiązki wykraczające poza normalny etat. Nauczyciele bronią się jak mogą przed jakąkolwiek kontrolą tych 2/3 nierozliczanego czasu pracy, czego najlepszym przykładem był spór o tzw. godziny karciane, czyli dwie godziny tygodniowo powyżej pensum na pracę z uczniami bardziej lub mniej zdolnymi. Zostały one wprowadzone przez rząd Tuska, żeby jakoś rozliczyć pracę nauczyciela, ale jazgot związków zawodowych, że są to godziny „darmowe” (w rzeczywistości w tym czasie nauczyciele dostawali co roku bardzo duże podwyżki, 10% rocznie), spowodował w końcu ich likwidację. Czas pracy nauczycieli w przedszkolach jest nieco wyższy, bo wynosi 25 godzin, ale tam w ogóle prawie nie ma już dodatkowych obowiązków, poza zrealizowaniem tego pensum.

Niemniej ważne niż to, ile godzin tygodniowo pracuje nauczyciel, jest to, kiedy on pracuje. Oczywiście każdy nauczyciel ma wolne dwa miesiące wakacji, dwa tygodnie ferii oraz wolne po około tygodniu na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Ale to nie wszystko – są także różne inne dni wolne, Dzień Nauczyciela, rekolekcje czy długie weekendy. Te ostatnie to szczególny ewenement. Kiedyś dzień pracujący pomiędzy dniami wolnymi był odrabiany przez szkołę w sobotę. Dziś to po prostu wolne z automatu, a 2 maja spotkanie w szkole nauczyciela jest praktycznie niemożliwe. Oczywiście rodzice są zmuszeni wtedy do brania urlopu, żeby ich dzieci nie zostały bez opieki. Wiem, że trudno oczekiwać, że szkoła będzie pracować w wakacje, ale czy nie można byłoby organizować wtedy jakiś luźniejszych zajęć dla dzieci, które na wakacje nie wyjechały? Co więcej, nauczycielom przysługuje również co jakiś czas pełny płatny roczny urlop na poratowanie zdrowia. Czy naprawdę jedynie ich zawód w Polsce jest tak narażony na utratę zdrowia? Czemu taki urlop nie przysługuje choćby kasjerkom czy pielęgniarkom?

Aby dopełnić obrazu pracy nauczyciela w Polsce, muszę jeszcze poruszyć pewien temat tabu, jakim są… korepetycje. Dużo wolnego czasu i brak jakichkolwiek regulacji odnośnie oczywistego konfliktu interesów powoduje, że niektórzy nauczyciele w ten sposób uzyskują miesięcznie drugą pensję. Nikt nic z tym nie robi, a jest to działanie aż potrójnie nieuczciwe. Po pierwsze, nieuczciwe wobec dzieci, bo nauczyciel zamiast odpowiednio przyłożyć się do zajęć, woli swoich uczniów kształcić po godzinach, zabierając im czas wolny. Po drugie, nieuczciwe wobec rodziców, gdyż płacą oni podwójnie za pracę nauczyciela – raz płacąc podatki, a drugi raz dając mu w pieniądze pod stołem. Po trzecie, to nieuczciwe wobec państwa, bo od przychodów z korepetycji podatków nauczyciele raczej nie płacą. Trudno wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby ktoś spróbował publicznie to tabu naruszyć i choćby zaproponował dyskusję na ten temat.

Pora na odniesienie się bezpośrednio do tytułowego „nieróbstwa”. Uzwiązkowienie zawodu nauczyciela jest w Polsce wysokie, ZNP jako główna grupa lobbystyczna nauczycieli stoi na straży przestarzałych socjalistycznych zapisów Karty Nauczyciela. Główny postulat tej organizacji brzmi: „Nic nie zmieniać, dać podwyżki”. Protestowała ona przeciwko tworzeniu gimnazjów, protestuje przeciwko ich likwidacji. Każdy rząd, nawet gdy da już nauczycielom te wiecznie ich zdaniem za małe podwyżki, jest krytykowany za to, że próbuje wprowadzić jakieś reformy lub za to że… daje za małe podwyżki. Gdzieś po drodze nadszedł niż demograficzny w szkołach, co spowodowało mniejszą subwencję oświatową i doprowadziło budżety mniejszych gmin do sytuacji dramatycznej (ponad połowa wydatków budżetu gminy na szkolnictwo, głównie pensje nauczycieli). Skostniały system zaczął być reformowany oddolnie – mniejsze szkoły przejęły stowarzyszenia, które zatrudniają w nich nauczycieli za pieniądze zbliżone do płacy minimalnej przy wymiarze godzin zbliżonym do normalnego etatu. Ale system trwa, bo przecież każdy protest ZNP to doskonała pożywka dla opozycji, która niby dobrze wie, że system musi kiedyś zostać zmieniony, ale skoro póki co można zrobić na tym kampanię przeciw rządzącym, to czemu nie skorzystać?

Przeciętny polski nauczyciel – zarabiający średnią pensję krajową za pracę na 1/3 etatu, z licznymi przywilejami i możliwościami dorabiania, tkwiący pod ochronnym parasolem archaicznej Karty Nauczyciela, wiecznie niezadowolony ze swojej sytuacji – na otwartym rynku pracy całkowicie sobie nie poradzi, co pokazują liczne przypadki tych, którzy odeszli ze szkół publicznych. Czy więc zamiast ciągle protestować i narzekać, nie lepiej docenić, jak dobrą w porównaniu z innymi Polakami ma się pracę?

Rafał Dawoski
Technokrata, inwestor, biegacz. Człowiek o wielu zainteresowaniach, których wspólnym mianownikiem są życie publiczne i sprawy Polski. Wielbiciel słowa pisanego.